Ostatnio zaczęłam szukać sobie informacji na różnych stronkach, poważnych, stylizowanych na poważne i robionych z przymrużeniem oka, dla śmiechu, o stylach. W szczególności o tzw. EMO, bo stwierdziłam, że coś mnie w nich wnerwia, nie wiem co i pomyślałam sobie, że może wreszcie się dowiem, co znaczy być EMOsem. I się przeraziłam. I uśmiałam poniekąd, bo to jest dość żałosne w swych założeniach. Jednakże stwierdziłam, że ogólnie, w szkole chociażby, widzę sporo ludzi ubranych jak EMO, czyli grzywka zakrywająca pół twarzy, paski, rurki, czachy, hmmm… coś co nazywają ’serkiem’ i jako laik mogę tylko zgadywać, że chodzi o ten wzór co kojarzy mi się z ORYGINALNĄ arafatką, o właśnie – wszelkie chusty typu arafatki i tak dalej, bo nie chce mi się wymieniać, ale [wracając do wątku] nie wyglądają na osoby, które uważają się za wielce niezrozumiane, nie są outsiderami ani nie płaczą nad sobą w kącikach. Są to zazwyczaj bardzo towarzyskie osoby, zwariowane, pełne dziwacznych pomysłów, ale na pierwszy rzut oka – EMOs. I to mnie tak troszkę zastanowiło. Niektóre osoby ubierają się tak, jakby należały do pewnej subkultury choć nie należą i z przekonaniami przypisywanymi danej subkulturze nie mają za wiele wspólnego. Zresztą, co mam daleko szukać. Słucham raczej rocka i metalu, uwielbiam czarne ciuchy, troszkę mroczne, ale metalówą bym się nie nazwała. Choć kiedyś ktoś mi i sobie obiecał, że ze mnie zrobi metalówę, ale chyba mu coś nie wyszło. Poza tym rozśmieszyło mnie zdanie już nie raz przeze mnie czytane w rożnych źródłach, że ktoś, kogo można nazwać metalem boi się wody i mydła jak diabeł wody święconej. Zabawne, ale jest wiele osób nienależących do żadnej subkultury i wyglądających znacznie gorzej niż Ci metale ;]. Chodzę w glanach, na plecaku [zwykłym!] mam dwie naszywki [choć troszkę nieaktualne w tym momencie], płaszczyk, słuchawki w uszach a w nich zawsze coś rockowego czy też metalowego [choć to określenie w pewnych sytuacjach rozśmiesza, jak np. odpowiedź mojego kolegi z gimnazjum na pytanie co chce na mikołajki - 'no, jakąś płytę... metalową' ;]], typu Rammstein, Apocalyptica, Therion, KAT, Marilyn Manson, Guano Apes czy coś w ten deseń [choć nie tylko takich zespołów słucham, ale nie teraz o tym]. Jednakże nie mam nic wspólnego z growlem, którego zresztą nie znoszę, pisaniem własną krwią [O_o], wyznawaniem S[z]atana, czy też innymi durnymi rzeczami przypisywanymi metalom. Reasumując – czy patrząc na to wszystko mam stwierdzić, że należę do subkultury metalowców, choć nie do końca się czuję metalówą, tak jak tamci wyglądają na EMOsów, choć nie płaczą nad własnym życiem? Chyba nie bardzo. Choć i tak jest mi do niej najbliżej, bo punka słuchałam tylko przez chwilę. Teraz słucham razem z Siostrą, jak chcemy się powygłupiać – o tak, wtedy niezastąpiona jest płyta Greenday, Ofspring czy też RHCP [choć nie wiem, czy to punk, czy rock, grunt, że dobrze można się powygłupiać skacząc po pokoju i drąc się niepojęcie tuż przed przyjazdem starszych - taki ostatni akcent babskiego, porąbanego tygodnia w Jarosławcu ;]]
PS. Jednego tylko nie lubię w ubieraniu się ze wskazaniem na jakąś subkulturę – zupełnego braku elementów wspólnych. I też tego, że niektórzy ubierają się na czarno i chodzą w glanach nie lubiąc nic z metalu, kompletnie nic, coś ewentualnie z rocka, ale też tego delikatnego. Troszkę konsekwencji…